pl en de

Demokracja w czasach fakenews

Punktem wyjścia dyskusji były propozycje zmian prawnych, przedstawionych niedawno przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Zdaniem uczestników debaty, wiele z tych propozycji jest równie groźnych jak samo zjawisko, z którym ponoć mają walczyć. – Są bardzo niejasne, nieprecyzyjne – podkreślił poseł Arkadiusz Marchewka, w Gabinecie Cieni odpowiedzialny za cyfryzację.

Red. Bianka Mikołajewska z portalu informacyjnego Oko.Press zwróciła uwagę na to, że nieprecyzyjność zapisów projektu nowego prawa może umożliwić władzy blokowanie w Internecie treści, które są jej nieprzychylne. Czyli, innymi słowy, mogą zakończyć się cenzurą. – Jest w tym projekcie ustawy duża uznaniowość dla podmiotów, których dotyczy. To również zagrożenie dla tzw. watchdogów – tłumaczyła. Ale nit tylko o uznaniowość chodzi. Projekt prawa przygotowany w rządzie PiS stwierdza bowiem, że usługodawca, który świadczy usługę umieszczenia danej treści w Internecie  – np. tekstów napisanych przez niezależnych dziennikarzy – nie ponosiłby odpowiedzialności za skasowanie jakiejś treści z Internetu. Natomiast miałby ponosić odpowiedzialność za to, że jakaś treść zostanie zachowana, a potem się okaże, że była niezgodna z prawem. Łatwo sobie wyobrazić jak zareaguje na żądanie sformułowane przez organy władzy, by zdjąć materiały rzekomo – w opinii tejże władzy – nielegalne.

W Polsce dodatkowym utrudnieniem jest to, że „fake news” są produkowane przez media teoretycznie publiczne – coś, co wydawałoby się niewyobrażalne w jakimkolwiek kraju demokracji zachodniej. Bo przecież media publiczne, tak jak BBC w Wielkiej Brytanii, są tam uważane za wzorzec wiarygodności i rzetelności informacyjnej. – W normalnych kraju media publiczne są weryfikatorem. Jest ogólnie przyjęte założenie, że one weryfikują informacje – tłumaczył Krzysztof Luft, były członek KRRiTV.

Fake news wygenerowany celowo przez media publiczne może mieć długie życie. Jak tłumaczył Konrad Niklewcz z Instytutu Obywatelskiego, wiele popularnych serwisów internetowych (Wikipedia jest chyba najlepszym tego przykładem) tworzy nowe treści w oparciu o „sprawdzone źródła”. A ponieważ media publiczne zaliczają się co do zasady do takich sprawdzony źródeł, redaktor Wikipedii może paść ofiarą „fake news” celowo wygenerowanego przez medium publiczne w Polsce. Przedłużająć i multiplikując „fake newsa”.

W skali całego świata jednym z największych producentów fałszu rozsiewanego w celach politycznych jest Rosja. – Kto jest głównym aktorem w temacie? Rosja, Kreml. Putin. Chce osłabić kraje, które wspierają sąsiadów Rosji, dążących do demokracji – mówił Roland Freudenstein z Martens Centre.

Zagrożenie dla demokratycznych systemów jest więc realne – i ta konstatacja to pierwszy, potrzebny krok. Z rosyjską dezinformacją i masową obecnością „fake news” nie da się wygrać w dwa dni. Konieczne jest wiele różnych działań: większa odpowiedzialność i samo-regulacja czołowych platform internetowych (np. Faceboka czy Twittera), potrzebne jest wsparcie dla instytucji sektora pozarządowego, które „odkłamują” fake newsy, przede wszystkim potrzebna jest jednak edukacja. Dzieci, i seniorów, wszystkich obywateli. – Musimy się nauczyć jak oddzielić ziarna od plew informacyjnych – mówiła Alina Białkowska-Gużyńska. Wtórował jej prof. Tadeusz Kowalski: – Trzeba umieć szukać i weryfikować źródła.

Niestety, z każdym mijającym miesiącem, fake news będą coraz bardziej wyrafinowane. – Najgorsze dopiero przed nami. Dziś pojawiają się technologie, które umożliwiają sfałszowanie ludzkiego głosu, czyjejś wypowiedzi – przestrzegał Michał Boni, europoseł Platformy Obywatelskiej. – Wiara, że uda nam się to powstrzymać tylko za pomocą regulacji prawnych jest złudna – ocenił.

Źródło: Instytut Obywatelski